Zgromadzenie: Lód #1

Tora była daleka od szczęścia. Jej plan spotkał się z poważnymi komplikacjami i teraz musiała niepotrzebnie przedzierać się przez zamieć w drodze do zapomnianej przez wszystkich wioski. Gdy próbowała się mocniej wtulić w futro barana wierzchowego na którym jechała przez zmarznięte nozdrza wdzierał się smród zwierzęcia. Miała dość, jednak gotowa była znieść to wszystko, a nawet i odrobinę więcej jeśli tylko Savola by się zamknął.
Żałuj, że nie widziałaś swojej twarzy, gdy przeor odmówił Ci dostępu do podziemi! Boki zrywać…o ile się je posiada oczywiście. – zarechotał lisz. Jego duch latał swobodnie wokół Tory uprzykrzając jej całą drogę odkąd opuścili klasztor.
Żałuję, że jestem zmuszona słuchać jak w kółko powtarzasz to samo. – warknęła kapłanka.
Boś głupia. – prychnął Savola. – Zależy ci na czasie, ale czy ty zrównałaś z ziemią całą tą ich zapchloną budę i wzięłaś to czego potrzebujesz? Nie, oczywiście, że nie. Bawisz się w dziewkę na posyłki stetryczałego głupca.
A ty jesteś uwiązany do tej głupiej dziewuchy na posyłki jak zwykły kundel. Które z nas jest większym głupcem? – odpyskowała Tora.
Przeor klasztoru, który wskazał jej Randal, nie był uszczęśliwiony jej wizytą, a już tym bardziej jej prośbami. Kategorycznie odmówił wprowadzenia jej do podziemi, chyba, że za odpowiednią zapłatą. Tora liczyła na to, że będzie musiała wpłacić odpowiednią kwotę do skarbonki klasztornej, dlatego faktycznie była załamana, gdy przeor zażądał od niej rozwiązania problemów w położonej blisko klasztoru wiosce Svelwod. Tora niechętnie przystała na te warunki. Spytany o kłopoty z jakimi muszą się mierzyć, stary mnich wyjaśnił jej, że mimo położenia w górach wieśniacy żyli w dostatku z hodowli zwierząt i upraw roślin odpornych na nieprzyjazne warunki gór. Zima przyszła do nich, tak jak zwykle, i wszyscy czekali na wiosnę. Niestety, gdy mróz w reszcie Corii dawno ustąpił, w Svelwod sytuacja stawała się coraz bardziej dramatyczna. Ludzie byli uwięzieni w budynkach, głód i zimno zaczynały doskwierać coraz dotkliwiej. Wieśniacy, podejrzewając czary z przeklętej Chegary, zdążyli zabić już paru „magów”. Przeor wysyłał posłańców do władz z prośbą o pomoc, ale nikt nie zainteresował się ich problemami. Teraz rozwiązanie dylematu przypadło Torze.

Wioska była w tak opłakanym stanie jak opisał ją starzec. Zamieć szczególnie uwzięła się na Svelwod, ale Torę zaskoczyło zbiorowisko ludzi wokół karczmy. Oczekiwała, że wszyscy będą uwięzieni w chałupach. Tłum stanowili głównie mężczyźni i garstka kobiet. Na widok przybyłej część wieśniaków zastawiła jej drogę.
– Najpierw wszyscy mają nas w rzyci, a teraz wycieczki sobie urządzają! – warknął jeden z mężczyzn. – Czego chcesz, dziewko?
Tora zsiadła z barana wierzchowego i odchyliła połę ciepłego płaszcza by pokazać tłumowi symbol Abeusa. Część zebranych w trwodze ułożyła dłonie w geście chwalącym Nieśmiertelnego Abeusa.
Jestem kapłanką, wysłaną przez przeora klasztoru by pomóc wam w tej ciężkiej chwili.
Na słowa Tory, tłum podzielił się na wiernych, chwalących Nieśmiertelnych oraz kpiących, którzy rzucali wyzwiskami i wątpiących w jakąkolwiek ofertę pomocy. Przedstawiciel ostatniej grupy przemówił:
Ustaw się w kolejce, kapłanko. W karczmie mamy już magołapów, którzy sprzeczają się kto nam pomoże bardziej…
Kapłanka drgnęła. Nawet niewidoczny dla innych Savola spoważniał. Magołap było popularnym, pejoratywnym określeniem mieszkańców kontynentu na jedną organizację.
Corpus Magi. – szepnął Torze. – Jesteś w poważnych tarapatach, dziewucho.
Przepuśćcie mnie. – rozkazała ponuro kapłanka, ignorując słowa lisza.
Wieśniacy, mimo, że w większości wściekli, nie stawiali oporu. Dziewczyna już wcześniej słyszała podniesione głosy dochodzące z wnętrza karczmy. Gdy weszła do środka zobaczyła przy stołach sześciu żołnierzy armii Corii, którzy, przy browarze, przyglądali się jak ich przywódca, dobrze zbudowany mężczyzna, kłóci się z kobietą, która śmiało zawstydzała go zarówno wzrostem, jak i muskulaturą.
Dość twojego pierdolenia Shilga! Robisz co chcesz, kiedy chcesz i w rzyci masz rozkazy dowództwa! – krzyczał mężczyzna. Stojący przy drzwiach wieśniacy i żołnierze patrzyli na niego z nie lada podziwem.
Powiedziałabym, że w rzyci mam też ciebie Ryam, ale na przyjemności trzeba sobie zasłużyć. – syknęła Shilga.
Tora była zaskoczona, że ktoś taki był członkiem Corpus Magi. Miast oczytanego magołapa, kobieta przypominała dziecko olbrzyma i człowieka, które można było spotkać wśród dzikich, górskich ludów. Rude włosy były związane na połowie głowy w warkoczyki, reszta była puszczona wolno. Jej skóra była pokryta tatuażami, których kapłanka nie potrafiła odczytać. Pod farbą Tora dostrzegła blizny zdobyte w walce. Pancerz kobiety był składany po pijaku z części, które akurat pasowały. Uzbrojona była w pokryty runami topór, a przy pasku przytroczony miała krótki miecz.
Zabieraj wreszcie swoich kmiotków i won, ja się zajmę tą wioską. – Shilga ścięła wzrokiem wszystkich obecnych. Żołnierze wahali się czy wstawić się za dowódcą i pomścić zniewagę, czy siedzieć na miejscu i doświadczyć kolejnego dnia.
Kapłanka oderwała wzrok od kłócących się, by zwrócić uwagę na siedzącego w kącie mężczyznę. Tam gdzie siedział było dość ciemno, ale Tora była w stanie przysiąc, że nieznajomy był pochłonięty rysowaniem czegoś i zupełnie ignorował wszystko co działo się wokół niego.
Ty się wynoś, dzikusko! – warknął Ryam.
Twarz Shilgi przybrała jeszcze groźniejszą minę. Ku zaskoczeniu wszystkich, zamiast zaatakować mężczyznę, podeszła szybkim krokiem do rysownika, chwyciła go za ubranie i rzuciła na środek sali. Zaatakowany jedynie jęknął z bólu.
Taki z ciebie chojrak Ryam, a nawet nie zauważyłeś Maga Paktu pod własnym nosem! – warknęła kobieta.
Co to ma… – wydyszał z siebie rysownik, ale Shilga szybko obezwładniła go. Z torby mężczyzny wysypały się jedynie ubrania na zmianę, manierka i suche racje podróżnicze. Ryam triumfalnie rechotał, czując, że Shilga sama się skompromituje. Nikt jej jednak nie przerywał, dlatego Shilga wyciągnęła krótki miecz z pochwy. Zamiast metalowego ostrza, miecz miał blado-różową, kryształową klingę.
Tora od razu wiedziała jak niebezpieczna i rzadka jest to broń. Shilga miała miecz z antykwarcu, minerału, który był w stanie pochłaniać i anulować każdą moc magiczną z którą wejdzie w kontakt. Gdy ostrze dotknęło odsłoniętego czoła mężczyzny, na skórze pojawiła się blizna w kształcie obróconej do góry nogami fiolki ze skrzyżowanymi różdżkami. Wypalone ogniem znamię Maga Paktu – Akademika, który przeciwstawił się Rektorowi i Inkwizycji. Ryam i część zebranych splunęli z obrzydzeniem na podłogę.
Paktowiec! – wrzasnął ktoś z wieśniaków. – To on sprowadził na nas wieczną zimę! Na stos z nim!
Oszaleliście! – krzyknął stłumionym głosem rysownik. – Nie ja sprowadziłem na was ten mróz, głupcy! Wśród was zamieszkał Lodowy Żmij!
Sytuacja pogarszała się z minuty na minutę. Tora słyszała za sobą, jak tłum się niecierpliwił. Wieśniacy byli już pewni co trzeba zrobić, Shilga również. Schowała miecz i przygotowała topór. Mag rozstałby się pewnie z głową, gdyby nie mała dziewczynka, która przecisnęła się przez tłum. Dziecko biegło szybko i omijało próbujących ją zatrzymać dorosłych bardzo wprawnie. Na oko Tory zbyt wprawnie. Kapłanka była zaskoczona, że Ryam też zaczął podejrzewać, iż coś jest nie tak. Zdążyła go już skreślić jako nic nie wartego głupca.
Nim ktoś zdążył ją zatrzymać, dziewczynka była już przy Shildze. Wojowniczka była ostrożna i od razu warknęła na dziecko:
Odejdź dziecko! To bardzo niebezpieczny człowiek!
Dobra pani, mam ważną wiadomość! – odparła lekko zdyszana dziewczynka.
– Jaką?
Tora i Ryam ruszyli w stronę Shilgi, ale zareagowali zbyt późno. W karczmie zrobiło się potwornie zimno, a z dziewczynki w kierunku wojowniczki wystrzelił duch w kształcie monstrualnego, skrzydlatego węża. Zjawa wniknęła w kobietę momentalnie i Shilga klęczała przy rysowniku, zamrożona. W ciągu paru sekund jej skóra stawała się trupio blada, a oczy i włosy białe jak śnieg. Nieludzkim głosem Shilga przekazała wiadomość dziewczynki:
– Ja jestem gorszy!
Przez chwilę, karczma wyglądałaby spokojnie jak co dzień, oczywiście, gdyby nie uciekający wieśniacy. Wszystko się zmieniło, gdy nagle Lodowy Żmij Vigefrant, w pełni odrodzony dzięki sile nowego gospodarza, rozniósł karczmę w drobny mak swym cielskiem. Kto mógł to uciekał, jednak część gapiów nie miała tyle szczęścia. Resztki oddziału Ryama i pechowych wieśniaków, którzy stali zbyt blisko, leżały rozrzucone po okolicy. Parę osób zginęło przygniecionych fragmentami karczmy. Tora podniosła się obolała na nogi. Wokół niej szalała burza lodowa rozpętana przez Vigefranta. Całe ciało ją bolało, ale miała szczęście, że magia zamortyzowała jej upadek, gdy Żmij zdzielił ją i Ryama ogonem.
Kapłanka chciała już spisać na straty dziewczynkę i Maga Paktu, którzy znaleźli się w epicentrum furii Żmija, gdy podejrzany przebiegł koło niej niosąc na rękach nieprzytomne dziecko. Kapłanka chciała krzyknąć do maga, ale zorientowała się że Vigefrant znudził się wieśniakami i ciężko rannym, ale cudownie ocalałym Ryamem. Tora miała nieszczęście mieć na sobie pełną uwagę potwora.
Kapłanka Abeusa? Wolne żarty! – ryknął Vigefrant. – Pokaż mi na co stać Wybrankę Pierwotnych, dziewczynko! Pokaż mi siłę Uenara!
Żmij ruszył wprost na nią, rycząc zajadle. Tora czekała do ostatniej chwili z unikiem i wkładając w ruch sporą dozę magii, odskoczyla nim potwór dałby radę zmienić kierunek. Vigefrant przebił się przez parę chałup, po czym rozpostarł skrzydła i wzniósł się w powietrze. Tora magią przyzwała swoją ciężką buławę i tarczę. Pechowo dla niej Żmij postawił na atak z dystansu i przelatując wycelował w nią swym zamrażajacym oddechem. Kapłanka zasłoniła się, jednak lód potwora powoli rozprzestrzeniał się po tarczy, sięgając ręki młodej kobiety.
Tora, czując bolesny uścisk zimna, zaczęła krzyczeć, co sprawiało Żmijowi nie lada uciechę.
Sytuacja wydawała się beznadziejna. Vigefrant nie przerywał ataku, a lód powoli pochłaniał jej ciało. Zdesperowana i przerażona perspektywą śmierci, skorzystała z mocy, której miała nadzieję nigdy nie użyć. Gdy jej oczy błysnęły czerwienią, z ciała buchnął słup ognia, który rozpuścił lód i przerwał burzę Vigefranta.
Żmij był tak zaskoczony tym co się stało, że dał jej niezbędną chwilę na zaczerpnięcie oddechu. Nie umiała kontrolować tej mocy i włożyła w czar zbyt wiele drogocennej magii. Jeśli chciała pokonać Vigefranta, musiała walczyć oszczędniej i rozważniej.
– Potrzebujesz mojej pomocy.
Tora spojrzała w prawo. Widmo Savoli lewitowało koło niej, spoglądając na zniszczenia spowodowane przez potwora.
– Jeśli będziesz walczyć sama to zmęczy cię i zeżre albo zamieni w sopel. We dwójkę mamy chociaż cień szansy, żeby go pokonać. Musisz mi tylko zbudować ciało, a ja zajmę się resztą.
Tora milczała. Czas naglił, a ona wahała się czy zaufać liszowi…

Źródło grafiki: https://art.alphacoders.com/arts/view/53595

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *